Strona główna -> Chcę Ci powiedzieć o Jezusie...

Spotkałeś Jezusa?
Chcesz o tym opowiedzieć?
Pisz śmiało!
Może ktoś czeka na Twoje świadectwo... 

opatrznoscsw@wp.pl 

 
 

Mój starszy syn, będzie miał w tym roku 22. lata, jest bardzo dobrym człowiekiem, uczciwym, skromnym, nigdy nie usłyszałam od niego złego słowa. Miał w swoim życiu różne wyskoki, wybryki... jak to młodzieniec. Udało się to wszystko przejść, ale jego życie, jego droga jest trudna.


20 lat temu przeszłam poważną operację. Dla ratowania życia nie było ważne jakie konsekwencję poniosę w przyszłości, było ważne, że będę żyła. Tak, udało się, dostałam następne lata. Więc w czasie tej operacji zostały mi uszkodzone nerwy z prawej strony odcinka szyjnego. Skutkiem tego mięśnie, które są odpowiedzialne za podtrzymywanie i prawidłowe funkcjonowanie prawej ręki zostały też uszkodzone. Nad obojczykiem z prawej strony nie mam czucia, można mnie igłami kłuć i nic... totalnie nic nie czuję. 


Znam taką jedną dziewczynę... Znałam Ją powierzchownie i myślałam o niej - wariatka. Popłakała mi się raz pod kościołem. Mówiła dziwne, niezrozumiałe dla mnie słowa. Mówiła o swoim pragnieniu śmierci, ale nie z powodu depresji, problemów w życiu, ale że jak już nie jest potrzebna Jezusowi, to On niech już ją weźmie do siebie. Ona to mówiła z miłości, będąc totalnie wolna od tego świata. Zostawiłam ten temat...


Nasza rodzina jest sześcioosobowa. Pracuje tylko mąż. Mamy zasiłek rodzinny. Jest tak, że kiedy, jako rodzina dbamy w pierwszej kolejności o Królestwo Boże, dajemy na Kościół „dziesięcinę", wszystko inne - materialne - jest nam dodane. I tak jest. Kiedy gubiliśmy się i odwracaliśmy porządek, było trudno i brakowało. 


To, o czym chcę napisać, trwa już od kilku lat. Gdy byłam mała, w moim domu nie było łatwo - ciągle awantury, tato przychodził pijany, nie było pieniędzy; nie rozumiałam, dlaczego tak jest, ale powoli zaczęłam rozumieć, że mój tato jest alkoholikiem i hazardzistą i że przez to cierpi cala rodzina. Nie rozumiałam, dlaczego on to robi, dlaczego o nas nie myśli. Nie miałam w nikim wsparcia, starałam się wszystko zrozumieć i uświadomić, że tak już musi być i że nic z tym nie zrobię. 


3 lutego trafiliśmy z mężem i trójką naszych dzieci (najstarsze „ocalało") na oddział dziecięcy do szpitala. Dzieci miały ostre biegunki, przy tym wymiotowały. Odwodniły się bardzo, w tym 4 - letnia Ania „leciała z nóg" i trzeba było ją wnosić do izby przyjęć, do gabinetu zabiegowego, nie miała świadomości co się z nią dzieje. Dzieci nam bardzo schudły, były blade i miały podkrążone oczy. Najmłodsza, prawie dwuletnia Basia po paru dniach ważyła 8,600 gr. 


W piątek, pokłóciłam się z mężem. Z głupoty mojej ta niezgoda, kłapałam natrętnie ozorem i zmęczyłam tym męża, czuł się przyparty do muru, że nie daję mu wolności, tylko ma być tak, jak ja chcę. Zapomniałam, że natura mężczyzny jest inna niż moja, kobiety. Mężczyzna potrzebuje czasu, by przemyśleć temat. Mogłam mężowi „rzucić hasło" i go zostawić, do przemyślenia na spokojnie, do dnia następnego. I o ile więcej bym osiągnęła tym milczeniem... ale brakło mi mądrości Bożej, byłam zbyt pewna siebie. Poraniliśmy się, unosząc się gniewem i pychą, niemiłymi słowami. Nie mogłam zasnąć. 


Wszystko zaczęło około rok temu. Byłam jeszcze wtedy w klasie pierwszej gimnazjum. Był to czas niezbyt łatwy, bo przestałam się dogadywać z przyjaciółkami. Można powiedzieć, że to ja byłam wszystkiemu winna, ale nie do końca. Ciężko to w ogóle nazwać winą, po prostu to co miałam dotychczas nie wystarczało mi już, pragnęłam czegoś więcej. Mimo tego, że od dziecka jestem wychowywana w katolickiej rodzinie z tradycjami. Co niedzielę chodziłam na Msze świętą, przyjmowałam komunię, co miesiąc przystępowałam do sakramentu pokuty, uczestniczyłam w nabożeństwach. Jednak brakowało mi czegoś, jakiejś głębszej relacji. 


O tym, że św. Antoni pomaga znaleźć rzeczy zaginione usłyszałam
pierwszy raz jako dziecko. Niedawno mój tato przekonał się o tym na
własnej skórze, kiedy zgubił podczas wycieczki rowerowej klucze do domu,
a później odnalazł je po tym jak zrezygnowany zwrócił się z prośbą
o pomoc do św. Antoniego.



Wydawało się nam z mężem, że jesteśmy fajnymi chrześcijanami, że jesteśmy blisko Boga, chodzimy ładnie do Kościoła, jedno z nas nawet codziennie, pięknie się modlimy, co dnia całą rodziną na różańcu, och i ach, jesteśmy otwarci na życie, oj, jacy my jesteśmy super, a nawet należymy do Wspólnoty Domowego Kościoła... a jaka to bufonada i nadęte z nas pychą stworzenia... a jak my się „pięknie" umiemy gniewać (Jezus porównuje gniew do zabójstwa), nie wybaczać sobie i z jakim trudem przez usta przechodzi nam słowo „przepraszam", które my dorośli chcielibyśmy, aby nasze dzieci mówiły natychmiast po przewinieniu, ze szczerą skruchą w swoim sercu. Cóż za obłuda! 


1 [2]
Odwiedzin :